Reklama

Nie musiałem niańczyć Lewandowskiego

Opublikowano: sob, 26 paź 2019 11:10
Autor:

Nie musiałem niańczyć Lewandowskiego - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Rozmowa z Cezarym Kucharskim, byłym menadżerem Roberta Lewandowskiego. Wywiad ukazał się w niedawnym wydaniu Wspólnoty.

WSPÓLNOTA Co dziś słychać u Cezarego Kucharskiego?

- Dziękuję. Wszystko w porządku. Staram się żyć bez stresu. 

 

W. Czujesz się spełniony zawodowo?

- Tak. To nie oznacza jednak, że nie mam planów i ambicji. 

 

W. Jaki był Twój dom? Kto Cię wychowywał?

- Mama. Uczyła nauczania początkowego. Najpierw w SP nr 4 w Łukowie, a potem w "Piątce". Tata był kierowcą, więc często nie było go z nami. Zawsze podziwiałem rodziców. Ciężko pracując, wychowali trójkę dzieci. Niczego nam nie brakowało, mimo że nie zarabiali zbyt dobrze. 

 

W. Których nauczycieli ze szkoły wspominasz najlepiej? 

- Wszystkich miło wspominam, ale szczególnie ze Szkoły Podstawowej nr 4 śp. Stefana Dybciaka – nauczyciela wf. Miał na mnie duży wpływ. Rozwijał we mnie pasję, czyli sport.

Z kolegami uprawialiśmy niemal każdą dyscyplinę, od "nogi" przez lekkoatletykę, "ręczną", po siatkówkę. W zimie były łyżwy i narty. Pamiętam, jak w sobotę wylewaliśmy "lodowisko" na szkolnym boisku. W weekendy jak nie było co robić, to chodziliśmy do pana Dybciaka, prosząc o to, żeby otworzył nam salę, żebyśmy mogli w coś pograć. Nigdy nie odmówił.

 

TRANSFER ZA 80 MILIONÓW  

 

W. Kto zauważył, że masz talent do piłki?

- Nie wiem, ale już w szkole podstawowej Waldemar Bącik  z "Dwójki" chciał mnie w swojej drużynie szkolnej. Chłopaki grali wówczas o Mistrzostwo Polski Szkół Podstawowych. W tym roku, tj. 1986, zapisałem się też do Klubu Orlęta Łuków. Kiedy szedłem do szkoły średniej, padła propozycja, abym grał w Pogoni Siedlce i chodził do tamtejszego "Elektryka". W obu przypadkach mama zdecydowała, że nigdzie się nie przenoszę. Skończyłem "Czwórkę" i zacząłem naukę w I LO im. Kościuszki w Łukowie. 


W. Nie skończyłeś go jednak, bo pojawiła się propozycja gry w Siarce Tarnobrzeg. To było tuż przed maturą?

- Tak. Mama się bała. Chciała, żebym skończył "Kościuszkę" i spokojnie zdał maturę. Ja jednak byłem zdecydowany na przenosiny w nowe miejsce. Siarka grała wtedy w I lidze i walczyła o awans do Ekstraklasy. To był rok 1990. 

 

W. Podobno Orlęta nie chciały Cię puścić do nowego klubu?

- Były tam lekkie "przepychanki", ale ostatecznie za 80 ówczesnych milionów trafiłem do Siarki. Śp. Tadeusz Borkowski, kierownik Orląt, wysyłał pisma do Polskiego Związku Piłki Nożnej, w których tłumaczył, że klub mnie nie może puścić, że społeczeństwo Łukowa potrzebuje w drużynie takiego piłkarza jak ja. 

 

W. Ile zarabiałeś w Siarce? Jaka to była różnica w porównaniu z Orlętami?

- Nikt w mojej rodzinie nie sądził, że w piłce można zarabiać. Jak kiedyś pojechałem do babci – już jako piłkarz zawodowy, ze złamaną nogą i o kulach, powiedziała mi: wnusiu rzuć tę piłkę. Zajmij się normalną robotą. Murarką, czy czymś (uśmiech).

W Orlętach grałem za darmo. Nie było takiego myślenia, że ktoś młodym chłopakom może płacić za grę. W Siarce dostałem stypendium i inkasowałem tyle, co moi rodzice razem. 

 

W. Jak poszła matura?

- Słabo. Dzięki pomocy wychowawcy udało się zdać. Na ustnym polskim dostałem pytania, na które nie znałem odpowiedzi. Zestresowałem się i miałem pustkę w głowie. On mi pomógł, bo był w komisji. Z perspektywy czasu żałuję, że nie skończyłem studiów, choć zacząłem kierunek "wychowanie fizyczne". Nie dałem rady pogodzić treningów i gry ze studiami dziennymi, zajęciami praktycznymi z lekkoatletyki, pływania, gimnastyki i innych zajęć, w których normalnie uczestniczyłem. W tej dziedzinie nie czuję się spełniony. 

 

W. Jako menadżer młodych piłkarzy starasz się wpajać im to, żeby dbali o edukację?

- Jasne. Im mądrzejszy życiowo piłkarz, im lepiej rozumie świat, tym łatwiej mu kierować rozważnie swoją karierą. 

 

W. W jednym z wywiadów powiedziałeś, że nie lubisz piłkarzy, których trzeba "niańczyć".  Mógłbyś rozwinąć tę myśl?

- Uważam, że jeżeli menadżer podsuwa piłkarzowi rozwiązania, to ten młody człowiek sam nie myśli. Mam wrażenie, że polscy piłkarze późno dojrzewają i późno zaczynają rozumieć otaczający ich świat. To ma przełożenie na ich grę i ich rozwój sportowy. Kluby i menedżerowie obiecują łatwe kariery, przekupują obietnicami i nie tylko. Podawanie wszystkiego na tacy młodym ludziom wcale nie motywuje ich do cięższej pracy.

 Jeżeli piłkarz, który ma małe dziecko, nie potrafi pójść do przychodni i zrobić badań, to jak może potem myśleć i podejmować mądre decyzje na boisku?


LEWANDOWSKI BUDUJE POMNIK 


W. Robert Lewandowski nie był z tych, których trzeba "niańczyć"?

- Niańczyć może nie, ale godzinami rozmawialiśmy o piłce, życiu, karierze. Życie go zmusiło do tego, że musiał szybko dorosnąć. W młodym wieku stracił tatę. Do wielu spraw podchodził bardzo rozważnie. 

 

W. Ty podpowiadałeś mu wiele rozwiązań. Zdaje się, że obaj inwestowaliście w nieruchomości?

- Miałem jakiś udział w tym, aby przekonać Roberta, że piłkarz powinien bezpiecznie inwestować swoje pieniądze. Nieruchomości są takim aktywem, choć trzeba się nastawić, że w dłuższej perspektywie.

 

W. Czy teraz często do siebie dzwonicie?

- Nie dzwoniliśmy do siebie ponad rok, ale jakiś miesiąc temu rozmawialiśmy.

 

W. Czy jest jakaś zadra między wami po tym, jak Lewandowski zmienił agenta?

Ja żadnej zadry nie czuję. Nauczyłem się oddzielać biznes od relacji interpersonalnych. Wszystko jest po coś. Tak uważam. Medialny przekaz i forma rozstania nie była do końca najszczęśliwsza, bo my nadal mamy sprawy między sobą, które należy wyprostować i zamknąć, a niezdrowe emocje swoje, czy też ludzi obok, mogą być przeszkodą w porozumieniu.

Jak chciał rezygnować z Bayernu za wszelką cenę, namawiałem go, żeby został. Tłumaczyłem, że warto zostać i zbudować pewnego rodzaju pomnik, który przetrwa lata. Właśnie strzelił dwusetną bramkę. Ma szansę zostać drugim w historii strzelcem Bayernu. 

 

W. Robert chciał za wszelką cenę grać w Realu Madryt?

Prezes hiszpańskiego klubu niedawno potwierdzał, że chcieli "Lewego". Ja miałem natomiast wątpliwości, czy oni chcą go na napastnika numer 1. Nigdy też nie miałem wrażania, że Real tak usilnie zabiegał o pozyskanie Roberta. Były rozmowy, ale nie było konkretnej oferty na stole dla Bayernu, która dałaby nam siłę w negocjacjach. Moim zdaniem Hiszpanie nie byli do końca zdeterminowani, żeby pozyskać Lewandowskiego. 

 

W drugiej części wywiadu z Cezarym Kucharskim pomówimy o polityce, biznesie, dużych pieniądzach i  grze w Lidze Mistrzów 



UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE